Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajki. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 kwietnia 2025

Neon Mango Sticky Rice Buddha 2

***

             Demony zostały całą noc w klubie, w końcu jutro znów ciężki dzień. A ona rano zabrała mnie do tych wszystkich świątyń, żeby pokazać, jak te same demony grzecznie stoją z kamienia i pilnują. Nie śpią, złowieszczą łypią na turystów. Potem cały dzień jeździmy na skuterze i wdychamy wilgotne spaliny. Obejmowała mnie od tyłu, zamykała oczy, nuciła jakąś mantrę. Medytowała nawet na skuterze. W wiecznych korkach Bangkoku przeciskałem się jak prawdziwa rakieta.

Tropikalne spaliny mieszały się z jej słodkim oddechem i czułem jej słodką skórę jak te wszystkie szaliki z kaszmiru, jedwabiu albo jaśminu, chciałem się nią słodko owinąć. Zawsze zakładała kask i znowu miała ten złoty makijaż, na policzkach złoty pyłek. Gubiła złote gwiazdki, kiedy mijaliśmy głośno kolorowe tuk-tuki. Chyba miałem szczęście.

wtorek, 14 stycznia 2025

Koniec lata, koniec świata 5 i 6

 Koniec lata, koniec świata

***

 

A więc wszyscy jesteśmy kawałkami kosmosu, natomiast Ty jesteś moim ulubionym wszechświatem. Martwisz się o to, co zostawimy za sobą w starym kosmosie, bo jesteś dobrym człowiekiem, ja jestem zły, zły na siebie, zazdrosny o wszystkich innych równoległych, o tego jednego, jak się go pozbyć. I jak się pozbyć siebie, jak się pozbyć nas.

            Dobrze wyglądasz, wiesz. Pięknie, trochę pijana latem w mieście, masz owocowe usta, kawową skórę, tylko trochę lodu w oczach. Służy Ci słońce, długie wieczory, długie nogi, sukienki i późne poranki. Francja będzie idealna, spodoba Ci się.

            Ledwie wczoraj jeszcze byłem we Włoszech, rano zrobiłem idealną kawę, jadłem słodkie śniadanie, piłem sok. Znowu jak w tym filmie, też Ci się podobał, całowałaś mnie, kiedy jedli brzoskwinie. A może morele. I chciałaś mnie nazywać swoim imieniem, żeby nikt się nie zorientował.

            Na wieczór zaprosiłem na kolację tych kilku znajomych stamtąd.

niedziela, 12 stycznia 2025

Koniec lata, koniec świata 3 i 4

 Koniec lata, koniec świata

 

***

    

Przed chwilą wypłynąłem za horyzont, odwróciłem się i wciąż Cię tam nie było. Były te odrapane na różowo włoskie kamieniczki, a Ciebie nie było w sukience w to Warszawskie lato. Jesteś daleko, a woda bardzo słona, zamykam oczy. Widzę Cię w tej sukience w lato – w kwiatki albo w owoce, i przypominam sobie, że latem nie nosisz bielizny. Uśmiecham się. Oblizuję wargi jak czereśnie, woda jest słona, jak Twoja skóra w lato.

            Mijałem po drodze piękne jachty z pięknymi ludźmi. Panie miały na sobie tylko ciemne okulary, panowie drogie zegarki, udawałem, że tylko podglądam, bo tak naprawdę nie mogłem oderwać wzroku. Zgrabne jak ich kształty statki, drewno brązowe jak opalenizna, żagle białe zęby gryzły wyblakłe od słońca niebo. Panowie stoją na burcie, bujają się jak kostki lodu, mają drinki w ręce, panie leżą na tym eleganckim drewnie, ręką głaszczą nie swoją łydkę. Kołyszą się i patrzą mi w oczy. Już nie udaję, że podglądam. Kiwamy sobie porozumiewawczo. Ktoś włącza muzykę, na innej łódce tańczą. I uśmiecham się, bo przypominam sobie, że nie potrafisz tańczyć, a tak bardzo lubisz. Jak w tej książce, której nie czytałaś, ale oglądałaś film. Głęboka woda ma kolor ciemnego błękitu jak z kosmosu i wtedy zawracam na plażę.

niedziela, 26 marca 2023

Diamond beach

 Diamond beach

 

Elfy na Islandii naprawdę wierzą, że ludzie istnieją. Obchodzą nawet specjalne święto, kiedy pod drzwiami swoich domów zostawiają dla nich prezenty, małe kawałki zorzy, które w tajemniczy sposób znikają w nocy. Przynosi to podobno szczęście całej elfiej rodzinie. Potem te małe kawałki zorzy mają spadać na dobrych ludzi w równoległym wszechświecie. Ale to nieprawda. Na dobrych ludzi nic nie spada z nieba. Małe zielone i różowe kryształki spadają tylko na tych, co potrafią się najlepiej bawić, bo kryształki zorzy to podobno dobre narkotyki. Podobno Luna to sprawdziła i za to też kochała ludzi. No i mają też lepsze kluby.

            Była śliczną elfką, miała długie uszy, długie nogi i długi język, gdy całowała, smakowała jak tęcza uwięziona w lodowcu, bo rozpuszcza się w ustach. Lubiła się bawić i kochać, lubiła tańczyć i lubiła ludzi, byli zabawni i poważni naraz, a do tego mieli elektro świecące jak słoneczny wiatr w ciemnych dyskotekach. I tamtego lata w klubach modny był prawdziwy kosmos na językach, w powietrzu i w mózgach. Och, jak Luna uwielbiała lato spędzać na Ziemi.

            Przejść pomiędzy światami można w miejscu, gdzie pojawia się akurat zorza. Popatrz, przecież zorza to jest totalnie portal do równoległego wszechświata. Kolor zorzy zależy od koloru włosów elfa – różowe, zielone albo niebieskie, a zorza tęczowa jest wtedy, kiedy pomiesza się muzykę Lany del Rey z niemieckim elektro, podobno w żyłach zaczyna płynąć brokat, a siniaki na szyi wyglądają jak kolorowe odległe galaktyki i wtedy kilka elfów przechodzi na Ziemię razem.

            A więc w elektrycznym mroku dyskotek ich włosy świecą jak w ultrafiolecie, są miniaturowymi zorzami. W klubach jest kosmos, a te wszystkie elfie dziewczyny to komety na twoim kursie kolizyjnym. W środku jest ciemno, spocone ciała połyskują metalicznie, w oczach odbijają się zorze. Na zewnątrz wciąż i wciąż jest jasno, słońce roztapia i rozpuszcza północ w cichy świt, słońce nie zachodzi i nie wschodzi, trzyma się z boku cały czas, jest zimne jak serce twojej dziewczyny. Islandzkie lato to długie jasne godziny, kiedy mózg wcale nie odpoczywa, kiedy liczysz, że chociaż zmęczone ciała położą się obok siebie i zasną. I to wcale nie jest łatwe tak imprezować, czekając na nieprzychodzący zachód albo wschód. Kiedy ostatnio wyszliście z klubu i było tak jasno, tak cicho, że w uszach elektro mieszało się ze śpiewem ptaków.

            Ale Luna lubi tę porę roku najbardziej. Jest rybą w wodzie, ptakiem w powietrzu, językiem w twoich ustach, potencjałem elektrycznym w twoim mózgu, jest drapieżnikiem, twoim przeznaczeniem, twoje ciało jest jej daniem głównym i deserem. Pochodzi z innego świata i może właśnie dlatego tak cię do niej ciągnie, za te fale grawitacyjne należy się nagroda Nobla. Jej koleżanki też tu są, też krążą i ściągają, obiecują, że przytulą pośrodku pustki kosmosu, zabiorą na inną planetę, bo kochać się z elfem to jak kąpać się w jeziorze skrzącym blaskiem odległych gwiazd.

            Bo Islandia to świat z innej planety. Kosmiczne dziewczyny i kosmiczni chłopcy wylądowali tutaj kiedyś i przenieśli swój kosmiczny świat z daleka. Ludzie byli drudzy, przypłynęli na tych swoich śmiesznych statkach zza siedmiu mórz. Mieli brody, łaskotali w nagie ciała, po winie znali wspólne języki. I w klubach można spotkać tych wikingów do dzisiaj. Luna zna jednego takiego i serio nie może się oprzeć.

            Elfy naprawdę lubią wikingów, bo mają długie brody i nie tylko, duże mięśnie i nie tylko, a ten był do tego wszystkiego całkiem bystry. Był Nowoczesnym Wikingiem. Pierwszy na wyspie zaczął uprawiać egzotyczne owoce, najbardziej lubił mango, żółte i miękkie owoce były jak miniaturowe słońca, według niektórych samemu się po nich świeciło, a wargi smakowały jak lato. On światło też lubił uprawiać jak dobry seks. Wymyślił i skonstruował szklarnie ze specjalnym oświetleniem – założył na Islandii pierwszą farmę światła. Jego rośliny potem cały dzień i całą noc mogły opalać się jak w solarium. Ludzie mówili, że zrobił sztuczne słońce, inni że to sztuczna zorza, niektórzy podejrzewali, że wykorzystuje elfy, które przynoszą mu kawałki kolorowych świateł północy. Potem świetnie się z nimi bawi, tańczy i ma przygody.

            Ale zorza jest przeciwieństwem światła. Elfy twierdzą, że zorza wcale nie świeci, bo zorza wybucha i jest kolorowym pęknięciem wszechświata. Można przez nią przejść, trochę się przy tym pobrudzić, pokolorować i to serio działa jak narkotyk, przyprawia o zawrót głowy, uzależnia. Dlatego elfy nie potrafią sobie odmówić przejść do świata ludzi. Zbierają przy tym kolorowe kryształy na później i najbardziej nie lubią wszystkich tych farm światła, gdzie bystrzy wikingowie uprawiają mango albo inne banany. Nic tak nie szkodzi zorzy jak światło. Światło zakleja kolorowe pęknięcia wszechświatów i zamyka przejścia.

            Luna słyszała, że najwięcej samobójstw ludzie popełniają w czasie trwania dnia polarnego i była pewna, że to dlatego, że zorza znika z horyzontu zdarzeń. Co roku spędzała lato na Islandii i świetnie się bawiła z ludźmi, byli jej drugą używką. Sama też uwielbiała uzależniać ludzi od siebie, ratować ich, dawać im, kusić, zabierać, znowu dawać. Bo pocałować elfa to jak polizać kometę, a złapać za pupę elfa to jak dotknąć gwiazd. Uśmiecha się łagodnie, a potem pokazuje supernovę na języku. I och, potrafiła się bawić, czasem spotykała swoje koleżanki, też miały kolorowe włosy i światełka w oczach, a może kryształki zorzy? Elfy bawią się najlepiej, tańczą najdłużej i śmieją się najgłośniej.

Ale uwaga. Te elfy są mroczne, wytatuowane, nawet jeśli mają kolorowe włosy, to tylko dlatego żeby błyszczeć swoją zajebistością w ciemnej pustce kosmosu, zupełnie jak zorze. Uważaj na nie. Te elfy są dużo mądrzejsze od ludzi, poznały tajemnice wielu wszechświatów i teraz mogą oszukiwać w tę grę, latać i spadać, mieszać alkohole i nie mieć kaca. Pilnuj się, bo skradną ci serce. Te elfy potrafią być dobre i złe, ale nie znoszą wybierać, więc robią wszystko na raz zawsze, jak to w fizyce kwantowej.

Kilka koleżanek Luny zamieszkało na Islandii na stałe, bo lubią, jak ludzie oddają im cześć, naprawdę bardzo lubią, jak ludzie ich wyznają. Bycie boginią to dopiero narkotyk. A ludzie uwielbiają kłopoty i Junga nowoczesne mity. Poza tym bawić się z elfem to jak latać wokół zorzy, chować się za zieloną zasłoną, przykryć się różową kołdrą z nieba, czuć elektryczny dotyk równoległych wszechświatów. A ludziom trzeba wszystko zawsze pokazywać. Dać ogień, zrobić koło, podłączyć do prądu i włączyć zorzę.

Nowoczesny Wiking podłączył swoje szklarnie na farmie światła do jednego z tych wulkanów pod lodowcem. Islandia to w końcu kraina lodu i ognia, człowieka przechodzi dreszcz od gorąca i zimna, języki mieszają się i przeplatają, lawa wybucha, parzy, para napędza turbiny, jest moc i siła jak napięte mięśnie i członki. Elfy są eko i uśmiechają się miło, gdy słyszą, że wykorzystujesz energię z wnętrza ziemi, a warto się starać, bo nie ma nic lepszego, niż nagroda od elfa. Może przyniosą ci trochę zorzy. Nowoczesny Wiking produkuje dodatkowo ze śniegu dietetyczny skyr, puszysty serek i miesza go ze swoim ulubionym owocem. Kraina lodu i ognia, śniegu i słońca, skyru i mango.

Luna jest zachwycona tym egzotycznym połączniem, choć doskonale wie, że to tylko dobra bajera. Łapie się za długie ucho, mruga i uśmiecha się miło do swojego wikinga. Pyta, czy pójdzie z nią na plażę. Och, pokażę pani przypływy i obronię przed morskimi potworami.

A na ich plaży morze wyrzuciło diamenty na brzeg i kłócą się o to, czy są to łzy olbrzymów pogrzebanych pod lodowcem, czy po prostu piękne kawałki kosmosu. Wszyscy jesteśmy kawałkami kosmosu, ale jej wiking twierdzi, że to ona jest akurat najpiękniejszym kawałkiem kosmosu. Luna znowu miło się uśmiecha, och, proszę pana, potem odsłania trochę za dużo, a potem zakrywa, a potem znowu ma minę łobuza. W oddali spienione fale rozbijają się o skały, trzy wielkie czarne członki wystające z morza. Według niektórych to trolle zastygłe w lawie.

Wulkany wybuchają regularnie, a erupcja brzmi jak erekcja, podobno twój wulkan wybuchnie lada chwila, ile wytrzymasz, mój wielki wikingu. Diamenty na naszej plaży błyszczą światłem niezachodzącego słońca, uwięziły wodę sprzed kilku tysięcy lat, są zimne jak moje serce, są cieplejsze niż lody o których marzysz. Piasek jest czarny i noc jasna, to zupełnie jak nasze dusze. Myślimy, że to takie romantyczne, kochać się na plaży pełnej diamentów z lodu, gdy dochodzimy, topniejemy, rozpływamy się w lepką rozkosz i słodki jęk, olejek do opalania, słyszysz szum fal, słoneczny śmiech, widzisz latające delfiny. Luna tłumaczy, że w tym drugim świecie potrafią fruwać i też bawią się z elfami. I ten wiking wtedy zakochuje w tamtej elfce, właśnie wtedy kiedy dotyka kosmosu, kiedy już sam nie jest pewien, co jest na serio, kto pływa, a kto lata wokół zorzy.

Luna wita się z delfinami, łobuzują. Przypływa też wieloryb i on jest nostalgiczny, gdy się odzywa, wiesz już, jak brzmi melancholia. Też potrafi latać i za chwilę widzicie, jak znika za horyzontem, majestatycznie macha płetwami i ogonem, wygląda jak król zwierząt, z daleka płynie smutna pieśń jak fale morza czasoprzestrzeni, gdy tak siedzicie na tej czarnej plaży z wielkimi lodowymi diamentami. Wiking czuje, że to jest wielkie i nieśmiertelne, klęka, prosi o rękę swoją elfkę. Luna znowu się uśmiecha, ale się nie śmieje, mówi, że wcale mu nie wierzy, że to na zawsze. Elfy lubią ludzi, ale im nie wierzą. A poza tym kończy się lato.

Luna nie zamierza spędzić zimy na Islandii. Gdy pojawiają się pierwsze zorze, wędruje czarnymi plażami w żółtej kurtce i prosi o kosmiczną podwózkę do domu, jak w amerykańskich filmach. Każda zabawa się kiedyś kończy, a w równoległym wszechświecie elfów ma swoje obowiązki i swoje imprezy. Ludzie, było fajnie, widzimy się za rok.

Ale jej wiking naprawdę ma złamane serce. Leczy się w ciepłych źródłach, lubią go tam podglądać, jak podobno nago chodzi po śniegu, wielkie mięśnie parują, wszystkie napięte i twarde, nagrzane wspomnieniem lata unoszą się prawie jak mgła. A może to on swoim ciałem ogrzewa górskie strumienie. Pewnej elfce najbardziej jednak podoba się jego nagie ciało na tle zorzy. Zimą noc się nie kończy i to wcale nie jest takie depresyjne, zostań ze mną w łóżku do rana. Gdzieś na lodowcu on ma szerokie plecy, napięte członki, ona jest drobna i magiczna, ma włosy w kolorze różowej zorzy, różowe ma też policzki, kiedy mocno ją przytula od środka. A potem zabiera do domu, na śniadanie i resztę życia.

A więc Luna wraca za rok. Trochę nie wierzy, że przyjaciółka ukradła jej chłopaka, a trochę tak czuła, tam daleko, w innym świecie. Lubi się bawić i lubi zaszaleć, jest zimna jak lód, gdy przechodzi cię dreszcz i drażni sutki, a jej zemsta jest gorąca jak ogień w ustach, gdy oblizuje wargi i piękne ciała, choćby niebieskie. Niebieskie jest niebo nad Islandią latem, kiedy słońce nie zachodzi, widzisz latające wieloryby, olbrzymy niosące wendettę.

Luna prosi o pomoc, dosiada latającego wieloryba i porywa już-nie-swojego wikinga z domu na farmie światła. Ten na początku myśli, że będzie fajna przygoda. Nawet nie podejrzewa, że elfów trzeba się bać, zwłaszcza kiedy są złe. Podniebna wycieczka, można podziwiać widoki, fiordy, zielone wzgórza, konie w galopie. Lecą nad wulkan, jest wielki, ziejący wnętrzem ziemi, przeszłością i przyszłością, innym światem, wszechświatem równoległym, skarbie, jesteś gorąca. Wtedy Luna wrzuca go do środka i spokojnie patrzy, jak robi się cały czerwony, jak łuna nad szklarnią.

Elfy, kiedy są złe, wrzucają swoich chłopaków do wulkanów. Te wulkany potem wybuchają, bo erupcja brzmi jak erekcja, wyrzucają kawałki lawy, czasem taki chłopak zastygnie na plaży w formie czarnego trolla. Z mniejszych kawałków lawy natomiast wykluwają się latem maskonury, ptaki z dziobem czerwonym jak wulkan albo mała erekcja twojego chłopaka. Luna nie przejmuje się, że wiking zostawia dzieci, bo sobie poradzą. Dzieci elfów i ludzi zostają najpiękniejszymi artystami – muzykami, pisarzami lub poetami, fizykami kwantowymi.

Luna natomiast ma jeszcze całe lato przed sobą i zamierza się świetnie bawić. Dzień na Islandii się nie kończy, nie jest za ciepło, a niektórzy ludzie naprawdę wierzą w elfy. Dają im nawet czasem prezenty. Kiedy pojawią się pierwsze zorze, znowu wróci do domu, poszuka na czarnych plażach kolorowych pęknięć kosmosu. I proszę uważać, bo elfy mają słabość do żółtych kurtek. Kiedy chcą wrócić do domu, wędrują po tych czarnych plażach Islandii i szukają ludzi w tych żółtych kurtkach. Taki człowiek zostaje potem na zawsze zupełnie nową częścią kosmosu, niektórzy mówią, że kolorowym światłem o północy, jak w skandynawskich kryminałach. Bo elf tylko w żółtej kurtce może wrócić do domu.

 

Michał Erazmus

środa, 3 listopada 2021

Pink Elephant

 

Pink Elephant

  

Dzień 4.

 

Czy jedne paski pasują do innych pasków? Bo ona zawsze miała na sobie majtki w czarno-białe paski, stanik najczęściej leżał gdzieś obok przysypany piaskiem, a we włosach chustkę w paski kolorowe. Czy to tak wypada, gdy spogląda pod słońce, mruży oczy i bezwstydnie patrzy na wszystkich wokół w różnych paskach? Czy to nie miłe, gdy te paski, jedne czarno-białe, drugie kolorowe, tańczą jak fatamorgana, a ona leży wyciągnięta, wsparta na łokciu i czyta książkę, trochę się rozpływa, a trochę paruje? Tylko paski niewzruszone jak filary stworzenia. W tamto lato dużo czytała na plaży, na przykład o pięknych kobietach więzionych na greckich wyspach przez potężnych magów i dobrze wiedziała, że sama jest potężna, ma władzę nad mężczyznami, zwłaszcza gdy miesza tak na swym ciele różne paski.

            Nazywała się Marina, bo była córką Kapitana. Miała piękną przerwę miedzy zębami na pewno nie na twój język, zadarty pod niebo nos, plecy proste i głowę do góry. Blond włosy rozsypywała jak piasek, leżąc na wznak lub strzelała nimi jak radioaktywnymi promieniami słońca, siedząc nad światem. Choć wyspa nie była mała, to wszyscy ją znali, miejscowi się bali, turyści czcili jak gwiazdę, bardziej niż greckich i włoskich bogów. Bo w istocie czuła się potężna jak ten mag z tamtej grubej powieści.

sobota, 9 stycznia 2021

Bordo 2

 Bordo 2

 

Lazur rozpływa się wokół jak olejek do opalania na ich ciałach. Ten lazur to wiecznie żywa powierzchnia oceanu, ruchliwa i spokojna, postrzępiona masa, milion minifal. Rosną i wyciszają się nawzajem. Ocean cicho migocze tym lazurem, faluje światełkami. Skrzy się w słońcu jak mieszanina tamtego olejku i potu; pachną słodko ich ciała.

Oblizuję się, bo im zazdroszczę.

Czuję słony smak i piasek. Woda to milion małych lusterek. Odbijamy się w nich. Milion małych słońc strzela w naszą stronę z powierzchni tego lazuru, milion małych promieni, milion małych nas, małych mas. Kłują w oczy, odbijają się od kropli na jej brzuchu, łaskoczą, restartują z jego klatki piersiowej, małe rakiety. Strzelają do mnie. Mrużę oczy, chciałbym być takim pociskiem, światłem na ich ciałach, światem równoległym, tuż nad nimi, ruchliwy i spokojny jednocześnie, jak ten lazur.

Oblizuję się, bo im zazdroszczę i chce mi się pić.

środa, 29 kwietnia 2020

Atomówki


Atomówki

Najbardziej na świecie boję się wojny. Nie boję się raka, nie boję się wirusa, nie uciekam przed psami. Za to chciałbym każdemu żołnierzowi wsadzić w lufę kwiatka. Jak w butonierkę. Wysłać do domu, kazać posadzić drzewko, oddychać, żyć długo i szczęśliwie.
            Król Polski uwielbiał rządzić, wysyłał więc żołnierzy na misje, rozkazywał ludziom, rozdawał pieniądze, bo podobno wszystko można kupić. Król Polski był niski i brzydki, tacy ludzie muszą być przebiegli, więc zawsze miał jakiś plan i ludzie mu wierzyli. Król Polski najbardziej na świecie bał się, że straci władzę, więc dogadał się z Bogiem.
            Ludzie generalnie wierzyli w Boga. Straszył ich piekłem i to najczęściej działało. Jeśli nie, od reszty było wojsko. Król mówił, że są najlepsi na świecie. Że Polska jest największa na świecie. Że wybrał ją Bóg.

wtorek, 4 czerwca 2019

Akwarium 1


Akwarium 1

Słońce roztopiło się jak kredki świecowe i rozlało po bloku z naprzeciwka. Światło kapie jak polewa po cieście, pomału, leniwie. Z uporem pokrywa całą powierzchnię twardego ciasta budynku. Ciasto było stare, czerstwe i suche, chrupało, gdyby je ugryźć. Polewa nie lśni, matowieje, po cichu ogrzewa, zmiękcza ciasto. Jest jak guma, gdyby zanurzyć w niej palce, dłoń, rękę. Gdyby zamieszać, kawałki czasoprzestrzeni grzęzną w środki jak rodzynki w serniku. Pod spodem wszystko żyje za bardzo. Ludzie w bloku z naprzeciwka pachną jak sfermentowany sok z winogron. Światło jak wino albo krew rozlało się po całej powierzchni budynku. Jest lato, może już jesień, a światło na koniec dnia klei się do bloków, wieżowców, ulic. Do wszystkich.
            Erazma stoi na balkonie jak co wieczór i karmi rybki.

środa, 29 sierpnia 2018

Gwiezdny pył


Gwiezdny pył

Mówili mu, że ta dziewczyna nie ma serca. Wiedział o tym, ale się nie przejmował. Swoje serce miał wystarczająco duże, żeby wypełnić nim dwie klatki piersiowe. A jej klatka piersiowa była najpiękniejszą sprawą na świecie. No, prawie. Zaraz po oczach. I piegach. Sprawy życia i śmierci, nie ma się co śmiać. Miała jeszcze nogi jak dwie rakiety, które chciały go wystrzelić w kosmos. Przybyła z innej planety, był tego pewien.
               Ona była smutną dziewczyną, więc nie cieszyła się na myśl, że wróci na Wenus albo Marsa.
         On z kolei wiedział, że karma nigdy nie daje, że zawsze pożycza Nie zdziwił się więc specjalnie, kiedy jego statek kosmiczny rozbił się tuż po starcie. Obiecał jej jednak, że ją zabierze z powrotem w gwiazdy. Nie takie rzeczy chłopcy obiecywali dziewczętom.

niedziela, 11 lutego 2018

Bajki matrioszki

Bajki matrioszki

            Dziewczyna była Ruską, ale miała fajny tyłek i podobno rodziców porwanych przez potwory morskie. Jej młodszy brat płakał gdzieś w tle, a ja wciąż nie mogłem przestać zastanawiać się, jaka jest w łóżku. Nadia, Katia czy inna Nastazja, nie byłem dokładnie pewien, uśmiechała się, zalotnie okręcając się wokół paluszka. Cholerna kokietka, pomyślałem i przesiadłem się tak, by za chwilę przez przypadek dotknąć idealnego jej uda.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Przecier z ukochanego

Przecier z ukochanego

Mordercze Pomidory zdradziły mi sekret. Spotkałam je kiedyś na imprezie, sączyły kwaśne drinki, wiadomo, cześć mała, gadka-szmatka o tym, że mam gładką buzię, długie do nieba nogi i że wzbudzam erekcje nawet u warzyw. Technicznie rzecz biorąc, jesteśmy owocami. Czerwonymi, soczystymi i krwiożerczymi. W sumie to zero pomysłu na podryw, nieśmieszne żarty o marchewkach i fatalne ruchy na parkiecie. Ale zdradziły mi sekret. Chciały wytłumaczyć co i jak. Znam się na takich, odsłaniam kolanko, to zawsze działa, łapią haczyk, daję im swój numer, a one mi przepis na przecier z ukochanego.

sobota, 6 maja 2017

Nogi, które leczą

Nogi, które leczą

241543903, czyli wszystkim tym, którzy też pchają głowy tam, gdzie nie trzeba

Z nudów zjadam sobie właśnie pani nogi. Proszę się nie gniewać bardzo. Próbuję się delektować, ale nic z tego, zbyt łapczywie pochłaniam kawałek po kawałku, to silniejsze ode mnie. Pani ma nogi, które leczą. Są długie do nieba, zamiast skóry miód i rozlane mleko, nie ma co płakać, to wspaniały smak. Uśmiechają się, puszczając oczko. I tylko od czasu do czasu gdzieś nad kolankiem przydarzy się jakiś pieprzyk, bo przecież diabeł tkwi w przyprawach.
            I proszę, proszę, pani chyba właśnie popatrzyła, jak patrzę? Czy można prosić o jeszcze jeden raz?

niedziela, 26 marca 2017

Bordo 1

Bordo 1

Wszystkie postacie i przygody nie są fikcyjne i wydarzyły się na serio. No, prawie.
Dobrze, że moi znajomi z Bordeaux nie znają polskiego, bo miałbym pewnie kłopoty.
 Zmieniłem więc chociaż imiona.

Pięknie taplała się w błękicie tamtego neonu. Błękit był blady jak ona i tak samo jak ona od czasu do czasu mrugał do mnie, coś obiecując. Pół nocy próbowałem odgadnąć co. O tej porze zawsze zapadała tu szklana pogoda i spływała ludziom po twarzach niczym deszcz. Marina taplała się więc w świetle neonu i wyglądała jak mała dziewczynka kąpiąca się w kałuży. Miała nawet kalosze. Kalosze były od Givenchy’ego, a jej szorty chyba trochę za krótkie. Zawstydziłem się nieco, bo to trochę tak jakbym miał swoją własną lolitkę, Ma-ri-nę czubkiem języka schodzącą w trzech stąpnięciach po podniebieniu, by na trzy trącić o zęby.

środa, 15 lutego 2017

Dwa miesiące później

Dwa miesiące później

Sprawa nie wygląda słodko. Od dwóch miesięcy upijał się dzień w dzień, a to w końcu ciężka harówka. Do tego miał słabą głowę i żyrafę w szafie. Trochę szkoda, że właśnie leży przede mną martwy, bo będę musiała zająć się cętkowanym zwierzakiem, gdy wrócę już do domu.
            Drogi pamiętniczku, chciałabym ci móc napisać, że właśnie wpadam w panikę, że wytrzeźwiałam w sekundę, że w sumie to niechcący. Tymczasem krew na rękach, tulipanie i szpilkach. Notuję wszystko skrzętnie w głowie i upominam się w duchu, by zapamiętać tę właśnie kolejność. Nieźle będzie wyglądać na papierze.

wtorek, 3 stycznia 2017

Gdyby mgła

Gdyby mgła

Odkąd pamiętam, tuż za naszym domem rozciągały się pola. Ogromne obszary i rosnące tam przedziwne rośliny. Jeszcze dziś brzmią mi słodko opowieści z dzieciństwa, tak jakby wspomnienia mogły czarować, przyzywać ulotną woń zbieranych kwiatów i ostry zapach przeszywający powietrze, gdy ścięło się niepozorne zioła. Dzikie zarośla od zawsze wabiły i intrygowały, jednak nigdy nic tam nie uprawiano. Bo nie było potrzeby, bo nie umiano, bo się nie chciało, wreszcie – bo Dziadek zabraniał. I tak ciemnozielone chaszcze stopniowo i z determinacją opanowały ten nasz skrawek. Ilekroć spojrzałem za okno, odnosiłem wrażenie, że toczy się tam nieustająca walka, że chwasty nieporządnie, w każdym kierunku, swymi wijącymi się, kipiącymi od zielonego soki łapskami pomału próbują zapanować nad światem. Czasami jednak, w świetle zachodzącego słońca, udobruchany i zauroczony wpatrywałem się w obraz jakby pędzla artysty-modernisty, który niby celowo porozrzucał na płótnie barwne plamy.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Pudełko

Pudełko

Dzień przed świętami spotkał w klubie elfa. Zamiast czerwonej sukienki miała czerwoną czapkę Mikołaja, postawił więc jej drinka z colą i zaśpiewał modną kolędę o jej długich nogach, długich uszach, długich włosach. Klub był dusznym pudełkiem i leżał gdzieś pomiędzy Warszawą a Nowym Betlejem, zresztą tylko on był otwarty w święta i pewnie gdyby Maryja z Józefem szukali teraz schronienia, nikt ich by tu nie szukał. Z sufitów do góry nogami zwisały choinki z kulami dyskotekowymi zamiast bombek, padał śnieg jak w Kolumbii, a ludzie pod jemiołą tańczyli z obcymi językami z Wieży Babel. Przetańczył więc ze swoją elfką całą noc, dobrze się bawił i chciałby więcej. Częściej. Miał nadzieję, że z wzajemnością i od pierwszego wejrzenia. Trochę się rozmarzył. Tracił dech. Na serio świeciła się w ciemności. Miał wrażenie, że jej włosy to lampki, kolorowe łańcuchy oplatały szyję, mógłby zejść niżej, już mijał obojczyki jak horyzonty zdarzeń, jej ciało było ciepłe jak mróz na policzkach i już prawie słyszał, jak jej równy oddech paruje mu w policzek, kiedy nagle naprawdę poczuł jej język w swoim uchu. Chciała się pożegnać, musi lecieć, było miło. Nie dała się odprowadzić, zamówiła ubera i już po chwili pod drzwi klubu zajechał Święty Mikołaj w saniach. Popatrzył groźnie, popędził renifery i sekundę później szybowali gdzieś nad Wisłą. Było miło i całe szczęście, że wciąż wierzył w Świętego Mikołaja, bo już by musiał uznać, że mu się przyśniła ta piękna elfka.

czwartek, 17 listopada 2016

Cała moja filmografia

Cała moja filmografia

Odpowiedziała, że może pójść ze mną do kina co najwyżej na film, którego już dawno nie grają. Dopytałem, czy obiecuje. Zaśmiała się i zapewniła, że postawi mi wtedy nawet popcorn, żebym mógł sobie sięgać pomiędzy jej nogi i nerki. Oczywiście ona jest na diecie i zjadłaby tylko cztery ziarenka, bo wierzy w parzyste liczby, studiuje ekonomię i potrafi policzyć, ile kosztuje kolba kukurydzy między nogami mężczyzny. No ale przecież nie weźmiesz mnie na film, którego już dawno nie grają, znów się zaśmiała.
Wezmę cię.

niedziela, 16 października 2016

Mars i Sawa

Mars i Sawa

„Miło cię widzieć.”
Neon na Moście Gdańskim w Warszawie

Chciała być tylko mądra, piękna i bogata. I serio się starała. Kiedy Sawa przyjechała do tego miasta, wydawało jej się, że Pałac Kultury to rakieta, która zabierze ją w kosmos. Myślała, że dotknie gwiazd, będzie błyszczeć jak Słońce, zasiedli z kimś Marsa. A więc kilka lat temu wysiadła z pociągu w tym obcym i szarym mieście, Pałac Kultury świecił się jak w Ameryce na kolorowym kosmodromie, weszła do środka i pojechała na samą górę. Wystrzeliła. No i Houston mamy problem, bo na samej górze wciąż była za mała. Nabrała za to trochę gwiazd do wiaderka z wodą, zaniosła do swojej małej kawalerki i rozlała na suficie. Serio się starała, ale cały czas była tylko inteligentna, miła i ambitna.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Sprzedam się, kupię cię

Sprzedam się,
kupię cię

K.

Wybuchła kolejna wojna światowa. Serio duża sprawa, poszło na noże i bardzo się cieszę, że jestem od niej silniejszy, bo kto wie, co mogłaby mi odciąć tym razem. Konflikt, który wstrząsnął naszym światem z przyszłości. Pardon, teraz już tylko moim. Obudziłem się w nocy i zobaczyłem Eteryczną Blondynkę jak ją pan Bóg stworzył, stała nade mną, w ręce trzymała nożyczki, a w ustach odbezpieczony granat. Nie powiem, spodobałoby mi się, zawsze lubiłem takie zabawy. Trochę pikanterii nikomu jeszcze nie zaszkodziło, wiadomo, siniaki, zadrapania i podduszenie, małe zabawy dla dorosłych. Coś jednak nie grało, kochana połówko, dlaczego masz takie wielkie oczy i wielki granat w buzi? Rzuciła się na mnie, to lubię, niestety ostatni raz. Ktoś nam wyłączył romantyczny soundtrack, a jej mina wyrażała jedynie blitzkrieg, aha, z francuskiego przeszliśmy na niemiecki. Całe szczęście byłem czujny, konflikt zbrojny szyty na miarę, tym razem nici z udobruchania, definitywny koniec. Koniec bajki.

niedziela, 31 lipca 2016

Transport bytów

Transport bytów

Jestem pisarzem. I to całkiem dobrym. To jednak tylko skutek uboczny tego, czym zajmuję się naprawdę. Transportuję byty. Sprawiam, że zmieniają położenie. Raz są tam, raz tu. Lubię to, nie jest to misją, odpowiedzialnością, żaden ze mnie Chrystus narodów. Zwykła zabawa. Bo przede wszystkim jestem mordercą. I to dużo lepszym niż pisarzem.
Nie gniewaj się, że ją zjadłem.