piątek, 21 lipca 2017

Burger Everetta

Burger Everetta

“I never said half the crap people said I did.”
Albert Einstein

Podrzędny bar w amerykańskim stylu, wokół kręcą się niespecjalnie ładne kelnerki, odsłaniają dużo, ale też nie warto patrzeć, bo to nienajlepsza z możliwych rzeczywistości. Ociągają się, mylą zamówienia i brzydko żują gumy. No i kręcą nosem, bo ich klient pali niemożliwie. Jednego za drugim, papieros za papierosem, dymi już prawie uszami i oknami, a jeszcze przed chwilą wydawało się, że to miejsce nie może być już bardziej brudne. Jednak podobno to szycha, szef kazał dogadzać, muszą więc co chwilę latać, dolewać dżin z tonikiem i podawać burgery, jednego za drugim. Co za obleśny typ, kelnerki szeptają między sobą, zakładając się, po którym pęknie, brzuch się nadyma, broda ocieka keczupem, brzuch nie przestaje rosnąć, okulary parują od dymu, ale gość nie zamienia się w bombę jądrową. Gość niczym się nie przejmuje, jest naukowcem, więc głównie fantazjuje i myśli Bóg-wie-o-czym. Na przykład: o miejscu, w którym góra burgerów i trzy paczki fajek na dzień to szczyt zdrowego trybu życia.


Hugh Everett III naprawdę wierzył – ba! – dowodził w sposób naukowy, że istnieje takie miejsce, a ściślej mówiąc: wszechświat. Był nie tylko miłośnikiem burgerów, ale także – a właściwie przede wszystkim – twórcą teorii wszechświatów równoległych. I choć brzmi to jak kolejna niestworzona historia Marvela, w rzeczywistości Everett był poważnym człowiekiem i bardzo smutnym naukowcem. Nikt nie chciał biedaczynie uwierzyć, a ten po cichu otwierał miliony drzwi dla współczesnej fizyki, literatury, filozofii, komiksu i innych mniej lub bardziej twórczych dziedzin nauki i sztuki.

Przyszedł na świat 11 listopada 1930 roku w Maryland. W wieku 12 lat pisał już listy z Einsteinem. Studiował między innymi matematykę i fizykę na Uniwersytecie Princeton, by jako dwudziestosiedmiolatek opublikować swoją rewolucyjną pracę doktorską: „The Many-Worlds Interpretation of Quantum Mechanics”. Tylko że ta rzeczywistość wcale nie była taka słodka. Praca zostaje obroniona, ale profesorowie uniwersyteccy kręcili nosem, niespecjalnie przejęli się jego teorią, a środowisko uznało autora za niegroźnego dziwaka. W 1959 roku postanawia udać się do Kopenhagi i przekonać do swojej pracy jeden z największych umysłów współczesnej nauki – Nielsa Bohra. Niestety i ten rozum okazuje się być za mały na ogarnięcie multiwszechświatu – duński naukowiec bagatelizuje sprawę i odmawia rozmowy na ten temat. To był naprawdę duży zawód dla Everetta, który ponosi ostateczną klęskę i postanawia wycofać się z fizyki. Jako matematyk podejmuje pracę dla Amerykańskiego rządu, projektując i przeprowadzając symulacje wojskowe. Dopiero w latach siedemdziesiątych świat przypomni sobie o jego teorii. Zostaje nawet zaproszony na poświęcone mu sympozjum w Austin. Wydaje się, że wszystko znów nabiera rozpędu, że oto już na smutnego naukowca czekają laury po powrocie z banicji, kiedy niespodziewanie 19 lipca 1982 roku naukowiec umiera na zawał serca. I bez wątpienia zamiłowanie do hamburgerów, nałogowe palenie papierosów i nadużywanie alkoholu nie były tutaj bez znaczenia.

Everett w swojej pracy doktorskiej udowadniał, że wszystko, co może się wydarzyć, NA PEWNO się wydarzy. W którymś z równoległych wszechświatów. Nawet teraz, nawet w tej chwili wciąż się rozgałęziamy. Gdzieś tam triumfuje również smutny naukowiec.

Fenomen tej teorii nie polega na treści wyjętej rodem z powieści SF, ale na tym, że Everett wyprowadził ją w sposób całkowicie naukowy, bazując na logice i mechanice kwantowej. Tłumaczy wiele równań i problemów formalnych w nauce do tej pory nierozwiązywalnych. Podstawowym słabym punktem jest jednak to, że nikomu jak na razie w sposób jednoznaczny nie udało się jej udowodnić. Ale również obalić. Jest to t e o r i a, czyli z definicji zbiór nieudowodnionych założeń, podobnie zresztą było i jest z Einsteinem. I choć dopiero od niedawna (a od publikacji minęło już ponad pół wieku!) świat nauki pomału zaczyna przekonywać się do rewelacji Hugh Everetta, to niektórzy fizycy wciąż nie mogą się pogodzić z taką interpretacją rzeczywistości. A raczej multi-rzeczywistości. To chyba gdzieś tutaj kończy się ślepa logika, a zaczyna humanizm.

Bo my wciąż się rozgałęziamy! W każdej sekundzie stajemy przed jakimiś wyborami. Na poziomie atomowym albo niższym dotyczy to „dylematów” elektronów, na który stan kwantowy przejść. Komórki choć nie myślą, wciąż podejmują działania. A my – na przykład – rozważamy, jakie drzwi w tramwaju wybrać. I wybieramy wszystko jednocześnie. Wchodzimy wszystkimi drzwiami jednocześnie. Niczym elektrony albo fotony zachowujemy się jak fala i interferujemy ze sobą dopiero po drugiej stronie. Dualizm korpuskularno-falowy cząstek to jedno z najzabawniejszych praw natury.

I wciąż wybieramy, a każdy wybór to kolejny równoległy wszechświat. W literaturze funkcjonuje porównanie tej sytuacji do drzewa. Nieustannie rosnącego i dzielącego się na nowe gałęzie. Trochę jak z fraktalami, ładnie to wygląda, ochy i achy, budzi zachwyt, ale wszystkim wokół zaczyna kręcić się w głowie od prób wyobrażenia nieskończoności. A według Everetta jest nas właśnie nieskończona ilość. W równoległych wszechświatach oczywiście.

Tutaj z kolei kończy się humanizm i zaczyna filozofia. I literatura. Wielu było twórców i pisarzy próbujących wprowadzić naukę do książek, z różnym zresztą skutkiem. Z jednej strony jest zapomniany już prawie Jarry ze swoją „Patafizyką”, są jego naśladowcy, a wśród nich Umberto Eco i inni z OuLiPo, czy też takie smaczki jak „Alicja w Krainie Kwantów” Roberta Gilmore’a. I wielu innych. Oswajanie nauki wychodziło raz lepiej, raz gorzej – podobnie zresztą było z ich warsztatem literackim… A teoria Everetta stawia twórców przed nowymi możliwościami, sprawia, że ich rzeczywistości gdzieś naprawdę ożywają. To zabawne, gdy pomyślimy sobie o grafomanach w odległych galaktykach – są tam królami – i co z tego, że naprawdę nikt w naszym wszechświecie nie rozumie ich sztuki, w równoległym są panami wszystkiego.

Jest to oczywiście jedynie narzędzie formalne, w dużej mierze zwykłe teoretyzowanie i mnożenie przypuszczeń. Ale nasze kreacje naprawdę mogą ożywać, naukowcy wtórują i potwierdzają. Czyżby okazało się, że Piotr Szmitke zatriumfuje i już niedługo zapanuje Królestwo Metawery? Metaweryzm to polska filozofia, kierunek w sztuce powstały na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, opierający się na mechanice kwantowej. Można też sięgnąć jeszcze wcześniej i poromansować z solipsyzmem i znów zacząć zastanawiać się, w którym z wszechświatów znajduje się nasze prawdziwe ja.


Teoria Everetta ma wszystko co potrzeba, by zrewolucjonizować spojrzenie na współczesną naukę i sztukę, może wprowadzi magiczny wzór na wszystko. I owszem, wciąż gdybamy, wiadomo jednak na pewno, że jeszcze pół wieku temu nikt nie chciał mu wierzyć, dziś bronią się jedynie najtwardsi.

A więc mamy smutnego naukowca triumfującego po latach. Dwa dni temu minęła 35 rocznica jego śmierci, z tej okazji wszyscy powinniśmy pamiętać, by jeść hamburgera z myślą, że w którymś z równoległych wszechświatów zapewni nam to nieśmiertelność. Burger Everetta to bardzo ładny symbol tego, co nasz czeka – fuzji wszystkich nauk i sztuk. Prawdziwi naukowcy to przede wszystkim artyści. Jesteśmy świadkami narodzin filozofii kwantowej. I w pewnym sensie jest to bardzo pocieszające, bo właśnie się rozgałęziam, wyobrażając sobie, że odbieram literackiego Nobla, a państwo mi klaszczecie w podziwie. A wy o czym sobie pomyślicie? Tylko ostrożnie, bo się rozgałęzisz!

Michał Erazmus

 Linki:

- Film z perspektywy syna Everetta, odkrywającego teorię i życie swego ojca: http://vimeo.com/58603054

1 komentarz: