wtorek, 4 czerwca 2019

Akwarium 1


Akwarium 1

Słońce roztopiło się jak kredki świecowe i rozlało po bloku z naprzeciwka. Światło kapie jak polewa po cieście, pomału, leniwie. Z uporem pokrywa całą powierzchnię twardego ciasta budynku. Ciasto było stare, czerstwe i suche, chrupało, gdyby je ugryźć. Polewa nie lśni, matowieje, po cichu ogrzewa, zmiękcza ciasto. Jest jak guma, gdyby zanurzyć w niej palce, dłoń, rękę. Gdyby zamieszać, kawałki czasoprzestrzeni grzęzną w środki jak rodzynki w serniku. Pod spodem wszystko żyje za bardzo. Ludzie w bloku z naprzeciwka pachną jak sfermentowany sok z winogron. Światło jak wino albo krew rozlało się po całej powierzchni budynku. Jest lato, może już jesień, a światło na koniec dnia klei się do bloków, wieżowców, ulic. Do wszystkich.
            Erazma stoi na balkonie jak co wieczór i karmi rybki.
Puka w akwarium. Puk, puk, patrzy, jak podpływają bliżej – nieme pyszczki i czekanie. Z nieba spada karma, kawałki czasoprzestrzeni. Rybki gatunku czekanie. Uczy je, tresuje, błogosławi. Będą podpływać. Czekanie. Jest dla nich bogiem, jej wysokość Erazma. Patrzyłam przez szybę, pukałam przez szkło. Erazma lubi tę wysokość. Gdyby mogła, pukałaby do sąsiadów z bloku z naprzeciwka, żeby wiedzieli, że ich podgląda. Że im błogosławi, chwała na wysokości. Zawsze czuła się bliżej gwiazd niż ziemi. Jest lepsza od innych, błyszczy i kiedyś na pewno zmieni się w czarną dziurę. Erazma też czeka. Czeka, aż kiedyś wszystko zaleje. Czekanie. Lubi tę wysokość i cieszy się, że mieszka na ostatnim piętrze. Modny wieżowiec z widokiem na modnych mieszkańców bloku z naprzeciwka. Lubi ich podglądać, lubi to, że zasłaniają jej Warszawę.
            Erazma co wieczór wychodzi na balkon i podgląda sąsiadów. Czeka aż słońce roztopi się, a potem pomału odklei od wszystkiego. Warszawa to akwarium, w nocy w powietrzu pływają ryby, owoce morza bezładnie unoszą się z prądem, codziennie świeża dostawa. Erazma stoi na balkonie i karmi rybki. Wychyla się, wygląda za barierkę, trochę wciąż jest u siebie, a trochę już u ciebie, tylko pupa zostaje na barierce, gwiazdy na majtkach niewinnie się trzymają, nogi już się unoszą, mogłyby sięgnąć Księżyca, ale nie, puk, puk, raz, dwa, trzy, Erazma patrzy.
            Sąsiad z naprzeciwka jest przystojny, ma brodę, na pewno ma muskuły i można by rozpaść się w jego ramionach, myśli Erazma. W oczach widać mu burzę, pioruny podnosi z chodnika jak hantle. Też stoi na balkonie, ale nikogo nie podgląda. Wypala papierosa i po cichu, uważając, by nikt nie zobaczył, spluwa za barierkę. W sumie trzy razy. Za każdym razem z otwartych ust wylatują mu małe smutki. Nie są duże, ale Erazma widzi, jak migoczą w świetle latarni. Mają złote łuski, długie ogony jak welony, żeby jeszcze szybciej machać płetwami. Smutki to złote rybki, które potem spełniają czyjeś życzenia. Ciekawe, do kogo popłynęły, zastanawia się Erazma, gdy sąsiad z naprzeciwka gasi światło w mieszkaniu.
            Za ścianą mieszka starsza pani. Nie znosi samotności i co wieczór wylewa ją jak wiadro pomyj za okno. Ławica meduz dryfuje w głośnym od spalin powietrzu i z ich prądem unosi się do góry. Parzą, może dlatego nikt nie chce się zbliżyć, odwiedzić lub przynieść zakupy. Erazma nic nie czuje, pogłaszcze meduzy. Są jak żelki, miękkie neony. Jaskrawymi kolorami brudzą palce, plamią noc, ostrzegają, że przyjdą do każdego. Pojawią się w każdym mieszkaniu, będą jak chwasty, milutkie szkodniki, będziesz je codziennie wylewać za okno odlane ze szklanej pogody. Ale Erazma lubi samotność, lubi jak meduzy robią na balkonie kolorowe disko.
            Piętro niżej uprawiają seks. Codziennie podlewany rośnie duży, sztywny, trochę ocieka lepkim sokiem. Pączkuje coraz mocniej i wreszcie nie mieści się w mieszkaniu, wybucha, ucieka wszystkimi otworami. Wylatuje w powietrze, wyrzuca w górę skorupiaki i małże jak konfetti. Są twarde na zewnątrz, różowo-wilgotne w miękkim środku. Afrodyzjaki mają słony smak oceanu. Erazma lubi ich podglądać, wygiętą bladość tego co pod ubraniem, nagie ciała splątane jak cząstki elementarne. Fuzja atomowa. Rozłączają się, upiornie oddziałują na odległość. Wszystko widać, wygolone cząstki, owłosione atomy, istoty człowieczeństwa. Byty na brzuchu kleją się, uciekają, światła gasną, a w środku, pomiędzy zostaje tylko pusta przestrzeń w za dużym łóżku, niebyty w pustej muszli. Erazma nie ma uczuć, nie wie, jak to jest oddać z siebie wszystko, ale lubi smażyć krewetki w głębokim jak gardło oleju.
            Erazma karmi rybki, gdy codziennie wychodzi na balkon i podgląda sąsiadów. Jak po całym dniu, tygodniu, po całym życiu wypluwają z siebie wszystkie gatunki. Czasem ich nie chcą, czasem już się nie mieszczą. Pływające w powietrzu byty, ławice gęstsze od smogu, uciekają, rozpraszają się po całej Warszawie, żeby po cichu gdzieś się wślizgnąć. Chowają ci się w air-maxach, wlewają za biały kołnierzyk, w dekolt, w nocy wchodzą do ucha, gdy myślisz, że ktoś słodko szepcze przez sen. Kosmiczny crossing-over. Pływają wokół tych wszystkich nocnych rozbitków, uciekających z Nieba albo Miłości, Barki, cudzego chłopaka. Polują, pijane ofiary łatwiej dopaść. Czują krew, czują jak pulsuje ci w skroniach albo w spodniach. Zostawiają po sobie słony smak oceanu.
            Erazma karmi rybki, bo nie lubi ludzi. Przeszkadzają jej. Chciałaby, żeby to wszystko zatonęło. Nie ma nic, ale wie, że jest wszystkim. A ludzie wszystko niszczą. Zanieczyszczają wodę, powietrze, krew, głowy. Wszechświat, jej akwarium. Wielki jak wszechświat wieloryb podpływa pod balkon. Erazma zastanawia się, co musiał czuć człowiek, który go wypluł. Może to była ona i dlatego nie czuje już nic. Dziękuję. Gigantyczną płetwą mógłby zburzyć Pałac Kultury, przybić piątkę i przewrócić Warszawę. Jego majestat pasuje do jej wysokości. Sunie, obraca się, zasłania cały blok z naprzeciwka. Jej Wysokość Erazma siada na barierce, wychyla się jeszcze bardziej, niezdarnie przechodzi, na jej majtkach widać gwiazdy. Siada na wielorybie i odpływa zatopić świat.

Erazma Michalus

środa, 29 sierpnia 2018

Gwiezdny pył


Gwiezdny pył

Mówili mu, że ta dziewczyna nie ma serca. Wiedział o tym, ale się nie przejmował. Swoje serce miał wystarczająco duże, żeby wypełnić nim dwie klatki piersiowe. A jej klatka piersiowa była najpiękniejszą sprawą na świecie. No, prawie. Zaraz po oczach. I piegach. Sprawy życia i śmierci, nie ma się co śmiać. Miała jeszcze nogi jak dwie rakiety, które chciały go wystrzelić w kosmos. Przybyła z innej planety, był tego pewien.
               Ona była smutną dziewczyną, więc nie cieszyła się na myśl, że wróci na Wenus albo Marsa.
         On z kolei wiedział, że karma nigdy nie daje, że zawsze pożycza Nie zdziwił się więc specjalnie, kiedy jego statek kosmiczny rozbił się tuż po starcie. Obiecał jej jednak, że ją zabierze z powrotem w gwiazdy. Nie takie rzeczy chłopcy obiecywali dziewczętom.

poniedziałek, 26 lutego 2018

Miłości i nie

sama sobie dedykuję bo tata zamknął mnie w wieży

Erazmie, 22 listopada 1963

jestem pewna że napisałeś do mnie list
wiersz miłosny tęskną piosnkę zza morza
mam tam alabastrową skórę nogi jak greckie
boginie i włosy wylane z atramentem
do szklanki mleka
to byłby taki piękny nagrobek prawda
chłopaku?

niedziela, 11 lutego 2018

Bajki matrioszki

Bajki matrioszki

            Dziewczyna była Ruską, ale miała fajny tyłek i podobno rodziców porwanych przez potwory morskie. Jej młodszy brat płakał gdzieś w tle, a ja wciąż nie mogłem przestać zastanawiać się, jaka jest w łóżku. Nadia, Katia czy inna Nastazja, nie byłem dokładnie pewien, uśmiechała się, zalotnie okręcając się wokół paluszka. Cholerna kokietka, pomyślałem i przesiadłem się tak, by za chwilę przez przypadek dotknąć idealnego jej uda.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Przecier z ukochanego

Przecier z ukochanego

Mordercze Pomidory zdradziły mi sekret. Spotkałam je kiedyś na imprezie, sączyły kwaśne drinki, wiadomo, cześć mała, gadka-szmatka o tym, że mam gładką buzię, długie do nieba nogi i że wzbudzam erekcje nawet u warzyw. Technicznie rzecz biorąc, jesteśmy owocami. Czerwonymi, soczystymi i krwiożerczymi. W sumie to zero pomysłu na podryw, nieśmieszne żarty o marchewkach i fatalne ruchy na parkiecie. Ale zdradziły mi sekret. Chciały wytłumaczyć co i jak. Znam się na takich, odsłaniam kolanko, to zawsze działa, łapią haczyk, daję im swój numer, a one mi przepis na przecier z ukochanego.

piątek, 21 lipca 2017

Burger Everetta

Burger Everetta

“I never said half the crap people said I did.”
Albert Einstein

Podrzędny bar w amerykańskim stylu, wokół kręcą się niespecjalnie ładne kelnerki, odsłaniają dużo, ale też nie warto patrzeć, bo to nienajlepsza z możliwych rzeczywistości. Ociągają się, mylą zamówienia i brzydko żują gumy. No i kręcą nosem, bo ich klient pali niemożliwie. Jednego za drugim, papieros za papierosem, dymi już prawie uszami i oknami, a jeszcze przed chwilą wydawało się, że to miejsce nie może być już bardziej brudne. Jednak podobno to szycha, szef kazał dogadzać, muszą więc co chwilę latać, dolewać dżin z tonikiem i podawać burgery, jednego za drugim. Co za obleśny typ, kelnerki szeptają między sobą, zakładając się, po którym pęknie, brzuch się nadyma, broda ocieka keczupem, brzuch nie przestaje rosnąć, okulary parują od dymu, ale gość nie zamienia się w bombę jądrową. Gość niczym się nie przejmuje, jest naukowcem, więc głównie fantazjuje i myśli Bóg-wie-o-czym. Na przykład: o miejscu, w którym góra burgerów i trzy paczki fajek na dzień to szczyt zdrowego trybu życia.

środa, 12 lipca 2017

Manifestyn

Manifestyn

Dzień dobry, chciałbym zostać uchodźcą.
Zakochać się w twojej córce, postawić jej kawę,
zabrać do kina, powiedzieć, że jest najlepsza,
że ma nogi jak miód, oczy ifryta, miętowy język,
kiedy palimy jednego papierosa na pół,
że wtedy kołdra przypomina mi wydmy,
siedem lasów, siedem gór, które musiałem przejść
w drodze do łóżka, na kolację i śniadanie,
ugotowałbym coś egzotycznego, pokazał dużo,
jak pali się fajkę zamiast ludzi.