niedziela, 26 marca 2017

Bordo 1

Bordo 1

Wszystkie postacie i przygody nie są fikcyjne i wydarzyły się na serio. No, prawie.
Dobrze, że moi znajomi z Bordeaux nie znają polskiego, bo miałbym pewnie kłopoty.
 Zmieniłem więc chociaż imiona.

Pięknie taplała się w błękicie tamtego neonu. Błękit był blady jak ona i tak samo jak ona od czasu do czasu mrugał do mnie, coś obiecując. Pół nocy próbowałem odgadnąć co. O tej porze zawsze zapadała tu szklana pogoda i spływała ludziom po twarzach niczym deszcz. Marina taplała się więc w świetle neonu i wyglądała jak mała dziewczynka kąpiąca się w kałuży. Miała nawet kalosze. Kalosze były od Givenchy’ego, a jej szorty chyba trochę za krótkie. Zawstydziłem się nieco, bo to trochę tak jakbym miał swoją własną lolitkę, Ma-ri-nę czubkiem języka schodzącą w trzech stąpnięciach po podniebieniu, by na trzy trącić o zęby.
            Niby dorosła, ale takie jak one chyba nigdy nie przestaną być dziewczynkami. Ja zresztą też byłem niezłym Piotrusiem Panem. Ciekawe, jaką imprezę w Nibylandii mogłaby rozkręcić Dolores Haze? Wszyscy erasmusi są jak duże dzieci przeniesione do Nibylandii.
Powiedziała, żebym coś jej kupił. Neon anemicznym odcieniem błękitu zalewał jej twarz i miałem wrażenie, że w bladym świetle zaraz mi się rozpłynie. Neon zamrugał do nas, ale nie wiedzieliśmy o czym, bo żadne z nas nie znało arabskiego. Nie chciałem zostawiać jej samej, zaryzykowałem jednak i pchnąłem ciężkie drzwi. Nad głową ostrzegł mnie dzwoneczek. Też po arabsku. Z zewnątrz lokal wyglądał na szczególne połączenie kebabu z zakładem fryzjerskim, a gdy wszedłem do środka, byłem już pewien, że mogą tu serwować tylko miętowe mięso z niewiernych dziewic i światło wylewające się na nocne ulice.
Nikt nawet na mnie nie spojrzał. Często mijałem ten lokal w nocy, zawsze był pełen. Za każdym razem zaglądałem zaciekawiony, ale nigdy nie mogłem być pewien, co tam się dzieje. Chyba nawet nie podawali alkoholu. Czasem ktoś stał pod drzwiami i palił papierosa, obserwował niby od niechcenia Cours de la Marne, ulicę pełną imprezowiczów, wciągając dym i osądy na ich temat. Na mój temat. Cours de la Marne jest główną arterią nocnego Bordo, trzeba tędy przejść, zmierzając do najmodniejszych barów i klubów w mieście. Zawsze gdy mijałem kogoś przed tym lokalem, chwilę się wstydziłem, że wyglądam jak pijany Piotruś Pan. Wyobrażałem więc sobie, że gdy teraz tam wejdę, cały lokal nagle ucichnie i wszyscy odwrócą głowy w moją stronę.
Ale nikt na mnie nie spojrzał, gdy pchnąłem ciężkie drzwi, a dzwonek nade mną zawołał coś po arabsku.
W kącie stała muzyka i krzyczała, boleśnie zawiadamiając mnie o swojej obecności. Przemaszerowałem pomiędzy stolikami, większość była zajęta własnym mikroświatem. Na ziemi leżały dywany – może powinienem zdjąć buty? Podszedłem do baru-bez-alkoholu i zacząłem zastanawiać się, czy arabski jest jeden, czy też każdy kraj ma swój. Kelner zapytał śpiewną francuszczyzną, czego szukam. Białego królika, pomyślałem, des frites, odpowiedziałem. Popatrzył niechętnie i zabrał się do smażenia. Na każdym stoliku stały wysokie szklanki z zielonymi listkami w środku. Miętowa herbata. Wzdrygnąłem się na myśl o mięcie. Nie znoszę mięty.
Miętową herbatę podają chyba w Maroku, zorientowałem się i zastanowiłem, czy tak wyglądają lokale w Tangerze, Marrakeszu, Casablance. Zawsze chciałem odwiedzić te miasta, ale tak strasznie nie lubię mięty. Posmutniałem, czekając na frytki, bo jestem romantykiem. Niby nie czuję mięty, ale szybko poprawił mi się humor, gdy przez duże okna zobaczyłem na zewnątrz Marinę, wciąż taplającą się w bladym świetle neonu. Neon zmienił odcień – z bladego błękitu na słabą miętę, choć być może to wszystko jedno, nigdy nie byłem dobry w kolorach.
Była jedną z tych Europejek niepewnego pochodzenia z niepewnym językiem. Rozgadaną Hiszpanką ani z Madrytu, ani z Barcelony. Ale nie znałem zbyt dobrze Mariny, choć też nie o to dziś chodziło, by ją poznawać. Jak się mówi po hiszpańsku piękna? Quien no apoya no folla. Chodziliśmy na te same imprezy i często na siebie wpadaliśmy. Lubiliśmy też to samo wino – dobry médoc – nie uderzał nam zbyt szybko do głów, ale za to skutecznie trzymał do rana.
Przez duże okna przyglądałem się więc miętowej Marinie i czułem się jak na przedstawieniu. Byłem trochę widownią, a trochę aktorem. Nie sam zresztą – spostrzegłem, że w kącie siedział Stary Arab – głaskał krzyczącą muzykę i też gapił się na moją dzisiejszą dziewczynę. Nagle obrócił głowę w moją stronę, miał okulary przeciwsłoneczne, dwie małe czarne dziury, które chciały mnie wciągnąć. Nie wiem jak to możliwe, ale od razu wiedziałem, że jest ślepy. Miał postrzępioną siwą brodę, pomarszczoną skórę i przerażający uśmiech. Uśmiechnął więc się do mnie, potem nacisnął coś w radyjku trzymanym na kolanach i lokal wypełnił się głupiutką piosenką „Me gustas tu”. Nie wiedziałem, że arabowie lubią takie melanże francusko-hiszpańskie. Stary Arab wciąż się do mnie uśmiechał, a ja miałem ochotę wyskoczyć przez te duże okna i wrócić od razu do Mariny, nie czekając na realizację zamówienia.
Que voy a ser, je ne sais pas.
Nie mógł na mnie spojrzeć, skoro był ślepy, uspokoiłem się nieco, ale on wciąż się do mnie uśmiechał. Zorientowałem się, że obok niego siedziały dwie śliczne dziewczyny o arabskiej urodyie. Ach, zupełnie inny rodzaj estetyki! Podpalana skóra, nieco lśniąca od tego zaduchu i jak węglem odrysowane miniaturowe łuki triumfalne – mihraby – nad ciemnymi jak noc oczami. Marokańskie księżniczki. Mieszkałem w Bordo ledwie od dwóch miesięcy i wciąż nie przywykłem do takiej egzotyki. Przyglądały mi się więc trzy pary czarnych dziur. Ale to tylko Stary Arab się uśmiechał. Trochę szkoda.
Marina za wielkimi oknami nieco się rozmazała i chyba przestała być miętowa. Na stoliku przed Starym Arabem stała pusta szklanka. Jedna z tych ślicznych marokańskich księżniczek pomachała do kelnera, a ten skinął głową. Podał mi moje des frites i mayo, a potem podszedł do Starego, by napełnić mu szklankę miętową herbatą. Starzec spojrzał na Marinę za oknami, za lasami, a ta znów przybrała wyraźny odcień miętowego neonu. Na końcu jeszcze raz na mnie. I jeszcze raz ten przerażający uśmiech. Podniósł szklankę, jakby chciał wznosić toast i pociągnął mały łyk. Wiedziałem, że mam czas dopóki nie skończy mu się ta właśnie herbata z blado-zielonymi listkami. Byłem pewien, tak samo jak tego, że jest ślepy. A może byłem tylko pijany. Przeszedł mnie dreszcz.
Wzdrygnąłem się, nie znoszę mięty i czym prędzej opuściłem tę marokańską oazę miętowego światła na Cours de la Marne. Stary Arab zdążył jeszcze puścić „Hal” Yasmine Hamdan – tej libańskiej gwiazdeczki, która kiedyś na pewno będzie sławna, choć jest na to zbyt dobra. Shúkraan.
Marina akurat przestała taplać się w neonowym świetle, a alkohol pewnie zaczął już z wolna metabolizować się w jej ciele. Wzięła mnie pod rękę i zapragnąłem być metabolizowanym przez Marinę. Skubnęła kilka frytek, ale chyba nie podzielała mojej wizji romantyzmu. Ruszyliśmy więc dalej w tej naszej nocnej wędrówce i zauważyłem, że nie jest już miętowa. Zdenerwowałem się na myśl, jak szybko arabski starzec może pić herbatę. Też chyba zacząłem trzeźwieć. Światła Cours de la Marne były mocne i zalewały jasną rzeką ulicę biegnącą od placu Victoire, aż pod sam dworzec. Okolicę dworca celowo wyminęliśmy, bo grasują tam potwory i straszne historie. Teraz postanowiliśmy skręcić z głównej arterii w którąś z pobocznych uliczek Saint-Michel w nadziei, że może uda nam się odnaleźć jeden z tych sekretnych barów, gdzie wciąż można się napić po drugiej w nocy.
Ale było chyba już zbyt późno.
Francuzi omijali dzielnicę Saint-Michel, zwłaszcza nocą, czego my – przyjezdni, czyli obiektywni – nigdy nie mogliśmy zrozumieć. Była to jedna z najstarszych części Bordo i w każdym zaułku wyczuwało się prawdziwą duszę miasta. Duszę może nieco mroczną, ale za to z klasą, z rozbrzmiewającym stukotem obcasów w ciemnych uliczkach i z przytłumionym dźwiękiem muzyki dochodzącym z zamkniętych klubów artystów. Zawsze można było też porozmawiać ze zwierzętami i stworami namalowanymi na murach, pooddychać trochę magią.
Skończyły nam się akurat des frites, gdy weszliśmy na plac przed kościołem Sainte-Croix i usiedliśmy na krawężniku pod niezgrabną, kanciastą bryłą świątyni. Czuło się już jesień, ale nie było jeszcze chłodno, zresztą nie padało, a w Bordo jeśli nie pada, jest przyjemnie. Plac o tej porze, bez rozstawionych kawiarnianych stolików, wydawał się większy niż zwykle i spał. Wszystko wokół spało. Nawet sąsiednie Café Pompier – jeden z tych tajemniczych klubów – było już zamknięte. A więc było chyba już po czwartej. Oboje wiedzieliśmy, że tej nocy już nigdzie się nie napijemy. Marina oparła mi głowę na ramieniu. W miły sposób mrużyła oczy, też chyba była śpiąca i znów przestraszyłem się, że zaraz mi się rozpłynie w powietrzu, wyparuje jak alkohol z głów.
Zdecydowaliśmy się wracać do domu, teraz na serio. Do mnie albo do niej, to wszystko jedno, zresztą mieszkaliśmy niedaleko siebie.
Obiecaliśmy sobie dziś, że się odprowadzimy. Chodziliśmy w końcu na te same imprezy. Za każdy razem było tak samo. Przypadek, witaliśmy się, salut-ça-va-bla-bla-bla, miała niesamowicie kręcone włosy, w życiu nie widziałem takich loków, lubiliśmy to samo wino, to przeznaczenie, skarbie, otwierałem więc butelkę i rozlewałem. I niby jestem dżentelmenem, ale lubiłem ten wzrok, którym patrzyły na mnie jej piersi. Chwilę się z czegoś śmialiśmy, a potem bisous i każde z nas uciekało w swoją stronę. Dziś spotkaliśmy się też przy wyjściu. Zostawiłem gdzieś w głębi fosforyzującego klubu starych nowych znajomych. Z czego zresztą później miały mi wyniknąć zupełnie inne kłopoty. Ale wtedy uznaliśmy, że to świetny pomysł. Ja wciąż tak uważałem.
W oddali bazylika Saint-Michel zamajaczyła swoją iglicą. Na czubek nadziany miała księżyc w kształcie krewetki – wyglądał jak arabski neon i promieniował żółtym światłem. A więc znów zalało mi Marinę.
Wybraliśmy kolejną wąską uliczkę, a moja Hiszpanka nieco się rozgadała, wyprzedziła mnie o kilkanaście kroków, kawałek podbiegła, odwróciła się i coś krzyczała w słodkiej mieszaninie hiszpańskiego i francuskiego, wtedy bardzo mi to smakowało. Jesteśmy roztańczonym remiksem tego świata. Miała lekko zachrypnięty głos, jakby ktoś w nią wszedł przede mną i od środka drażnił struny głosowe. Widziałem teraz wyraźnie jej nogi jak strzeliste kościelne iglice, jestem pewien, że też mogła nadziać na nie księżyc i podać mi do schrupania skulony jak krewetkę. Nie kwapiłem się więc do gonienia, żeby móc jeszcze trochę popatrzeć na tę jej thigh gap. A pomiędzy nogami przeświecające przez nią żółte światło lampy ulicznej. Ściany budynków były tu wąsko rozstawione i pomiędzy nimi rozwieszano na kablach lampy – żółte żarówki ledwo zalewające uliczki. Żółte jak słońce pomiędzy nogami Mariny.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że z lewej mijamy uśpiony nad głowami Jardin des remparts, miałem go odkryć dopiero kilka miesięcy później. Szkoda, bo to idealne miejsce na takie noce. W oddali zawarczał samochód i już po chwili z trudem próbował nas wyminąć w wąskiej uliczce. Był to jeden z tych zupełnie nie francuskich gratów, zostawiających za sobą kłęby spalin i głośną muzykę. Kolejna głupiutka piosenka tego wieczoru – „La camisa negra” – z dedykacją dla mojej Hiszpanki. Marina uśmiecha się i tłumaczy mi, dlaczego to zabawne, że akurat dziś założyłem czarną koszulę.
A ja przez kilka sekund – wtedy, gdy nas wymija – jestem pewien, że w środku auta siedzi Stary Arab ze swoimi marokańskimi księżniczkami. Wciąż popija miętową herbatkę i wznosi toast.
Pomału zbliżaliśmy się do centrum i zacząłem się niecierpliwić. Bałem się, że mi ucieknie i miałem wrażenie, że mieszkamy na końcu świata. Że musimy jeszcze przepłynąć siedem mórz, zanim wylądujemy w jakiejś pościeli. Mojej albo jej. Jej nogi aż na Księżyc, loki skręcone z wprawą jak hasz i głos słodko podrażniony gdzieś głęboko w ciepłym środku – wszystko to chciało mnie uratować i chciało być uratowane. A więc pomału płynęliśmy w ciemnych zaułkach Saint-Michel, gdzie wciąż nieco się gubiliśmy, w końcu mieszkaliśmy we Francji ledwie od dwóch miesięcy.
Byliśmy rozbitkami i znów trafiliśmy na kolejną świetlną wyspę. Rozsypane jak spod klosza czerwone światło. Le Poisson Rouge, ten bar też dobrze znaliśmy. Już niedaleko. Oczywiście był zamknięty o tej porze, ale neon wciąż mocno świecił. Czyli przedostatni przystanek, Marina jest teraz czerwona, opiera się o ścianę i mnie pociąga do siebie. Ma też czerwony zapach i czerwony smak swojej szminki – czerwone i krwiste jak mięso. Oblizuję więc jej rouge à lèvres i wiem, że jest to obietnica, jeszcze tylko kawałek. Już za chwilę.
Już za chwilę mijamy Capucins i jesteśmy w centrum. Marina wciąż się do mnie przytula, ale mam wrażenie, że jej ubyło, rozwiała się trochę i znowu boję się, że zaraz porwie mi ją wiatr. Denerwuję się, bo w końcu nie czuję mięty, a ona najpierw obiecuje, a teraz postanawia zostać mirażem. Decydujemy się wziąć autobus nocny, wsiadamy, jak zwykle jest pełny i głośny, a kierowca zapomina o przystankach i pędzi, chyba też jest pijany. Nam to jednak nie przeszkadza i znajdujemy sobie przyjemne miejsce. A jednak Marina wciąż jest ze mną, czuję jej loki na twarzy, wspinam się po nogach i zdobywam kolanka, i jeszcze raz próbuję czerwonego głosu, upewniam się, że wszystko jest prawdziwe. Głupi starzec na sto pro tylko żartował z tą miętą.
Wysiadamy na moim przystanku, bo o jej kierowca zapomniał. A więc jednak do mnie. Chyba już świta, słyszę śpiew jakichś rannych ptaszków, ktoś wstaje do pracy. Zapalają się okna mieszkań i domów. Po kolei gasną latarnie. Szkoda, w nocy wszystko lepiej wygląda i lepiej smakuje. Marina na pewno smakuje jak blade światła nocne i czuję, że starzec jednak nie żartował. Marina gdzieś mi się po drodze rozlewa i rozpływa, jak blade światła nocne o świcie. W końcu nie czuję mięty. Wracam do siebie sam i kładę się, wyobrażając sobie, że gdzieś tam – może w Maroku – Stary Arab właśnie skończył pić miętową herbatę w towarzystwie swoich ślicznych, podpalanych księżniczek. Uśmiecha się ironicznie, bo trzeba było się spieszyć. Wszystko wyparowało jak nocne światła uliczne.



Michał Erazmus

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz